Niklas Logo Kids of the neighbourhood small map of the town BETA
deenczruespl
Strona gł�wna   Komiksy   Opowiadania   GoÅ›cie z kosmosu   Fan zona   zaloguj  
Clicks today: 359
jonhero2.gif
U McColloughów jak zwykle panował harmider. Sarah i Rachel wyły i wrzeszczały najmocniej jak dało, podekscytowane nadchodzącym przyjęciem, podczas gdy Angela opiekowała się nimi, głośno narzekając, że to nie jej zajęcie, by się nimi zajmować i spóźni się na randkę. Pani McCollough starała się to ignorować i koncentrowała się na rozmowie przez telefon. Jonathon uważnie śledził jej poczynania. Obiecała mu dzisiejszej nocy, że gdy tylko odwiezie bliźniaczki do przyjaciółki, przyjedzie prosto do domu i spędzi z nim całe popołudnie. Jonathon nie lubił uchodzić za cynika, ale mama nie jeden raz składała mu obietnice bez pokrycia. A sposób, w jaki przebiegała rozmowa, wskazywał, że będzie miał rację. Znowu.
- Ale naprawdę, Geraldine, to tylko na chwilę. Gdybyś tylko dała mi kilka dni... - nastąpiła przerwa, jakby osoba po drugiej stronie wyrażała swoją dezaprobatę, a po minie widać było, że robiła to skutecznie. - Tak, rozumiem to, Geraldine, moja droga, ale widzisz... - i znowu słuchała.
Jonathon odwrócił się. Rezultat był oczywisty.
Angela przekonała dziewczynki do przebrania się w stroje na zabawę i w jakiś niezwykły sposób, uspokoiła je. Pomimo tego, że wciąż narzekała że musi się nimi zajmować, była w tym całkiem niezła. Jak tylko Jonathon podszedł do miejsca, gdzie stały dziewczynki czekając na swoją mamę, Angela spojrzała na niego i uśmiechnęła się desperacko.
- Jonathon, proszę, mógłbyś je popilnować je przez chwilę, gdy będę się przebierać? Casey zaraz tu będzie, a jak będę czekać z nimi na mamę to...
Jonathon przekrzywił głowę, przyglądając się przez chwilę uważnie siostrze. Chociaż miała 14 lat, to w jego oczach była już prawie dorosła, ale nie na tyle, by nie mogli się dogadywać. To było pytanie sprawdzające, czy wystarczająco dobrze upiększyła się do randki. Całkiem nieźle wygląda, pomyślał Jonathon.
- Może - powiedział.
- Och, Jonny, zajmij się nimi, tylko ten jeden raz.
Jonathon uśmiechnął się, nigdy do niego tak nie mówiła, chyba, że była zdesperowana. Miał ją w garści.
Właśnie wtedy Pani McCollough weszła do pokoju.
- Angela kochanie, możesz coś dla mnie zrobić? To była Geraldine, pani Gray jest na linii, została pozostawiona sama i zgodziłam się jej pomóc przygotować jedzenie na przyjęcie. To nie powinno zająć wiele czasu, ale czy mogłabyś zostać na chwilkę i mieć oko na Jonathona, gdy mnie nie będzie?
- Ale mamo...
- Wiem, że miałaś dzisiaj wyjść z Caseyiem, ale tylko na godzinkę, czy dwie? Jesteś aniołkiem! - i od razu wyszła z domu zabierając ze sobą małe dziewczynki, nie dając ani synowi ani starszej córce chwili do zastanowienia.
Angela spojrzała na Jonathona spode łba, Jonathon spojrzał się na nią wyczekująco. Angela prawie otwarła usta by coś powiedzieć, gdy odezwał się dzwonek.
- To Casey! - Angela zrobiła kwaśną minę i znowu przemówiła, prawie błagając. - Słuchaj, po prostu ulotnij się dopóki mama nie wróci. Skoro nie możemy wyjść, przynajmniej będziemy mieli cichy dzień, sami... - i odwróciła się by otworzyć drzwi, zanim Jonathon coś odpowie.
Casey nie był przystojniakiem, pomyślał krytycznie Jonathon. Jego ręce i nogi, a nawet szyja były za długie i jego ubrania wisiałby na nim jak namiot na strachu na wróble. Z kolei jego twarz przypominała pole miniaturowych wulkanów. Twarz Jonathona wykrzywiła się z obrzydzenia, gdy jego siostra rzuciła się w ramiona obdartego prawie mężczyzny. Nie miałby problemów z zostawieniem ich samych, nie miał ochoty oglądać ich jeszcze bardziej łzawych, niż już są.
- Cas, przepraszam - powiedziała Angela, jak tylko złapała powietrze, - Musze przez chwilę zaopiekować się braciszkiem, najwyżej godzinę czy dwie.
- Ale film zaczyna się za niecałe 50 minut. Nie może tym razem popilnować się sam?
- Och, przestań! On nie potrafi zadbać o siebie nawet przez pięć minut, by nie wpakować się w kłopoty. Przypomnij sobie, co się stało w zeszłym roku z domkiem na drzewie.
W tym momencie Jonathon, którego twarz zachmurzyła się na słowo "braciszek", wtrącił się do rozmowy.
- Idźcie obejrzeć ten film! I tak nie mógłbym gapić się na was cały czas myśląc, że zepsułem wam randkę! - zawołał po czym zbiegł do holu i wypadł przez tylne drzwi. Casey chciał za nim pobiec, ale Angela złapała go za rękę i przytrzymała, w zamian wołając łagodnie brata.
- Jon. Och Jonny.
Jonathon słyszał jej wołanie, ale je zignorował. Wybiegł prosto przez drzwi i skręcił do garażu.
Garaż McCollough nigdy nie widział samochodu, za to był kombinacją strychu i wysypiska, grobem dla niepotrzebnych rzeczy i starych zabawek, w tym rupieci pozostawionych przez poprzednich właścicieli. Chyba.. prosto przez drzwi i skr
Jonathon kochał ten garaż, zapach starego wilgotnego kartonu i mieszanki odlotowych, fabrycznych zapachów ropy i rozlanej benzyny. A najbardziej uwielbiał pełną wspomnień i niespodzianek skrzynię skarbów, o której istnieniu jego mama nie wiedziała. Pewnego razu Jonathon znalazł ukryty w pudle cały regiment zielonych plastikowych żołnierzy, pochodzących z każdej możliwej wojny. Żołnierze, choć wyglądali żałośnie, przeżuci przez psa lub dziecko, lub po prostu zgubieni, dostarczali rozrywki na długie, nudne, zimowe wieczory. Chociaż Jonathon przeszukiwał wszystkie pudła i torby niezliczoną ilość razy, postanowił przeszukać garaż ponownie.
Jonathon szybko stracił poczucie czasu i zdenerwowanie, podczas przeszukiwania wszystkich śmieci rozrzuconych w zatłoczonym garażu. Nie zauważył, jak jego siostra wychyliła głowę za drzwi, ani tego, że uśmiechnęła się z satysfakcją widząc go cichego i pracującego przy okupywaniu wysypiska. Cicho zamknęła drzwi i wróciła do tego, co robiła wcześniej, wiedząc że jest bezpieczny i nie sprawi kłopotów. Prawie w tej samej chwili, gdy tylko wyszła, Jonathon odnalazł swój stary rower. To był dobry rower, nawet mimo tego, że był dla niego o wiele za mały. Jonathon wiedział, że nie powinien wychodzić, ale krótka jazda w dół i górę ulicy nie liczyłaby się jako wyjście, a w dodatku warto było zobaczyć, czy rower dalej działa. W razie czego może powiedzieć, że testował go dla Rachel i Sarahy. Przecież będą niedługo potrzebować rowerów.
Więc Jonathon zdecydował się pojechać tylko do końca drogi, tylko do rozjazdu prowadzącego do fragmentów starych torów. Ale nie do torów, o nie, tylko do rozjazdu i z powrotem.
jonhero3.gif
Stare tory przypominały szeroką, płaską, miniaturową ulicę. Strome stoki po obu stronach torów utrzymywały chłód nawet podczas najgorętszych letnich upałów, a drzewa chroniły przed wiatrem. Zachowane dla sporadycznych spacerowiczów lub zbieraczy jagód, stały się niezwykłą kryjówką dla chłopców a sporadyczne pociągi, które przez nie przejeżdżały, ostatecznie zostały zdjęte z rozkładu i nie używano ich. Dookoła były tylko pojedyncze domy, farmy i na wpół zdziczały las. Jonathon mógł robić tyle hałasu, ile chciał, bo w okolicy nie było nikogo, kto mógłby na to narzekać.
Po kilku milach tory zaczęły schodzić w dół. U dołu znajdowało się przejście przez łagodny stok prowadzący do wiejskiej drogi, która skręcała do stromego wzniesienia znanego pod lokalną nazwą jako 'kopiec szczęścia". Wspinaczka na wzgórze nie interesowała Jonathona tak bardzo, jak opadający stok z drugiej strony.
Jonathon pochylił się ku kierownicy i pchał rower pod górkę najmocniej jak potrafił, oddychając ciężko i pocąc się z wysiłku. Po utracie całej siły włożonej w poprzednią jazdę, resztkę energii, jaką posiadał, ładował w dociskanie pedału do ziemi, a potem następnego i tak na okrągło.
Ostatecznie, wyczerpany, osiągnął szczyt. I zatrzymał się. Jonathon spojrzał w dół na drogę przed sobą, wydającą się maleńką, w odniesieniu do wzgórza...
Odpoczął przez moment, siedząc na rowerze, opierając się na nodze i oddychając jak długodystansowy biegacz. Potem wziął głęboki oddech i ruszył, szybując w dół. Szybciej i szybciej Jonathon jechał, z początku pedałował, ale niedługo po prostu pozwolił wzniesieniu i własnemu pędowi nieść go, nawet szybciej, w dół. Wiatr owiewał mu twarz i wyciskał łzy z oczu, ale jego serce śpiewało z buczeniem gumy na kołach na asfalcie i szarpnięciem podniecenia przebiegającego przez chłopca z każdym wstrząsem i podskokiem podczas jazdy. Pierwszy zakręt zbliżał się nieuchronnie, nie był ostry, był za ostry jak na prędkość z jaką jechał. Jonathon zacisnął hamulce całą siłą. Nic się nie stało.
Przepłynęła przez niego nagła fala strachu. Teraz przypomniał sobie, dlaczego odłożył stary rower! Wstrzymał oddech, potem ponownie zdobył kontrolę nad sobą i pojazdem. Rower zwolnił odrobinę, potem zajęczał, zgrzytnął i znowu ruszył do przodu, niekontrolowany, nie do spowolnienia, cokolwiek by robił. Teraz świat był jasny i zrozumiały, jego ostrość widzenia i każdego podmuchu wiatru była jak dotyk anioła, próbująca bezsilnie go zatrzymać. Jonathon mógł czuć swój własny strach. Desperacko wskoczył w zakręt, lecąc w taki sposób, że prawie zdarł sobie kolana, ale udało mu się, jeden zakręt mniej, wiele więcej do przejścia. Znając granice możliwości pojazdu, Jonathon podniósł się tak ostrożnie, jak tylko mógł, na drugim zakręcie, przejeżdżając tak płytko jak tylko się dało. Nawet, pomimo tego że zakręt był ostrzejszy niż poprzedni, jego ustawienie uczyniło go płytszym i łatwo go pokonał. Trzeci zakręt nie stanowił problemu, długi powolny skręt i prawie się śmiał jak go mijał. Teraz jego strach mijał i był zastępowany przez uniesienie. Zaczyął się dobrze bawić, czekając na kolejny zakręt i na następny, każdy odrobinę łatwiejszy niż poprzedni. Potem Jonathon pokonał następny skręt, po czym spojrzał do tyłu i znów do przodu. By zobaczyć długi, prosty koniec wzgórza i rozjazd w kształcie litery T na końcu.
- O, cholera! - krzyknął Jonathon, gdy zobaczył jak kamienny mur zbliża się niczym sroga pięść. Nie mógł spudłować.
Krzycząc, Jonathon starał się desperacko skręcić, odchylając się na boki. Otwarta brama przemknęła mu przed oczami. Bardziej przez szczęście i instynkt, niż przez umiejętności, Jonathon obrócił rower prosto na bramę. Przez moment równa, śliska nawierzchnia, zmieniła się w kupę trawy, a jego świat zamienił się w biało niebieskie wypełnienie.
Świat był czarny. I miękki. I jakoś kłujący i pełen kurzu, co spowodowało że Jonathonowi chciało się kichać, gdy tylko wygrzebie się do przytomności.
- O ja cię, co za jazda... - wyszeptał Jonathon w ciemność. I ciemność odpowiedziała.
- W porządku, chłopcze?
Jonathon otworzył oczy i przypatrzył się... Rycerzowi w lśniącej zbroi. Szczęka Jonathona opadła a twarz wybałuszyła oczy. Mrugnął i spojrzał ponownie. Rycerz wciąż tam był, jego błyszczący napierśnik w połowie okryty czymś w rodzaju fartucha i czerwonymi piórami spływającymi ze szczytu hełmu z przyłbicą. Jonathon gapił się.
Rycerz uniósł rękę do przyłbicy i otworzył, by pokazać twarz. Miał brodę i był całkiem przystojny, potem opuścił rękę i zaoferował Jonathonowi pomoc. Jonathon złapał rękę i pozwolił pomóc sobie wstać na nogi. Rozejrzał się dookoła.
Jonathon znajdował się na polu otoczonym kolorowymi namiotami i stogami siana. Konie normalnie żuły siano a mężczyźni przechadzali się dookoła ubrani jak rycerze i żołnierze. Z jednej strony była ta sama brama, przez którą przejechał, a w połowie drogi leżały szczątki roweru. Jonathon zrobił kilka kroków naprzód i przyjrzał się zniszczonemu żelastwu z niesmakiem.
- Niestety zniszczony, tak sądzę - powiedział mężczyzna z tyłu. - Uważam, że miałeś wiele szczęścia wychodząc z tego bez szwanku - okute metalem stopy podeszły by szturchnąć wrak. - Jestem Mark Beardsley, tak w ogóle, lub na ten weekend, hrabia Grünwald.
Jonathon prawie przemówił, zamknął swoje usta, a potem zebrał w sobie odwagę by zapytać:
- Yyy, kiedy dokładnie jestem?
- Kiedy? - mężczyzna wyglądał na zmieszanego, a potem nagle zrozumiał, podniósł głowę i roześmiał się.
Jonathon, nadal nie rozumiał sytuacji, więc spojrzał z ciekawością na mężczyznę.
- He He he! Kiedy jestem? - mężczyzna pohamował wesołość zginając się prawie wpół by złapać oddech. - Nie martw się chłopcze, nie znalazłeś się w wehikule czasu, wciąż jesteśmy w starym, dobrym dwudziestym wieku. My - tutaj mężczyzna wyprostował się i wskazał na tłum obserwatorów, po czym kontynuował - jesteśmy członkami Szlachetnego Bractwa Rycerzy Krzyża. W każdy weekend zbieramy się aby odtwarzać największe bitwy Wieków Rycerstwa. W ten weekend odtwarzamy Bitwę o Kopiec Szczęścia.
- Masz na myśli, że bawicie się w rycerzy? Nie myślałem, że dorośli to robią.
- No, więc - powiedział mężczyzna ze lekkim uśmiechem - możliwe, że niektórzy z nas nie są tacy dorośli, jakbyś chciał.
Jonathon uśmiechnął się.
- Super! Mogę pobawić się z wami?
- Cóż... - zamyślił się mężczyzna. - Nie wiem. Chyba powinniśmy odwieźć cię do domu, twoja mama będzie się martwić.
- Prooooszę... - poprosił błagalnie Jonathon i obdarzył mężczyznę takim słodkim wzrokiem, jakiego należało użyć w podobnej sytuacji. Mężczyzna machał z zakłopotania rękoma bezładnie. Wyglądał na podnieconego, a równocześnie zamyślonego.
- No cóż, chodzi mi o to, że naprawdę powinniśmy odwieźć cię do domu. Nawet mimo tego, że mamy całą kadrę. Oprócz dobosza. - mężczyzna spojrzał ponownie w szczenięce oczy Jonathona i kontynuował zakłopotany (dodam, że te same maślane oczy działały na Jasona, co mieli okazję na własnej skórze wypróbować Sniv i Jonathon). - Widzisz, zazwyczaj tę rolę odgrywa mój syn, ale dzisiaj jest...
- Super! - zawołał z wielkim, głębokim uśmiechem Jonathon - Mogę to zrobić bo jestem świetnym perkusistą. Gdzie mam iść? - mężczyzna odwrócił się od Jonathona i spojrzał na tłum poszukując wsparcia, nikogo nie znalazł. Ukryty w tłumie, ktoś zachichotał. Mężczyzna poddał się.
- Więc dobrze, ale tylko na jedną bitwę, potem musimy odwieźć cię do domu. - mężczyzna odwrócił się do tłumu i kogoś zawołał - Bob, możesz zająć się chłopcem? Daj mu kostium i werbel! - był prawie pewny, że to Bob zachichotał.